Tegoroczna Izerska Wielka Wyrypa była
jubileuszową, piątą edycją tej rewelacyjnej imprezy. Dla mnie
również była poniekąd jubileuszowa, czwarta, oznaczająca, że właśnie
mijają trzy lata od kiedy zacząłem bawić się w imprezy na
orientację i w całe to bieganie. Druga Izerska Wielka Wyrypa w 2011
roku to pierwsze zawody (nie licząc czasów szkolnych), w których
(za namową Pawła) wystartowałem. Baza zawodów znajdowała się
bardzo blisko tegorocznej - w okolicach Lubania, również biegaliśmy
po Lubańskim Wielkim Lesie. Życie zatoczyło pętlę. To dobra
okazja do tego, aby na chwilę się zatrzymać i przyjrzeć, co się
przez te trzy lata zmieniło, co zostało takie samo, co zyskałem
ale i co straciłem przez bieganie. No to zacznijmy od początku...
Decyzję, żeby w tym roku jechać na
Izerską podjąłem... zaraz, zaraz, nie było podejmowania decyzji.
Było dla mnie oczywiste, że pojadę na Izerską 2014 już w
momencie przekraczania mety ubiegłorocznej edycji. To zawody
obowiązkowe, niezależnie od tego, czy w tym roku zbieram punkciki
do Pucharu PMnO, czy tylko przyjeżdżam spotkać znajomych spędzić
kilka godzin w przepięknych okolicznościach przyrody. O tym, że
pojadę na edycję 2015 wiem już teraz i wiedziałem jeszcze przed startem tegorocznej. I
nie zmieni tego nawet wspomnienie pęcherzy na pół stopy (2011),
przypiekania słońcem podczas biegu przez niekończące się
ścierniska (2012), przedzierania się przez dwumetrowe pokrzywy w
rozpaczliwej próbie odnalezienia jakiejkolwiek drogi (2013) czy
widoku kamieniołomu, którego: "W tym miejscu, na pewno nie
powinno być!" (2014).
Izerska Wielka Wyrypa to impreza, na
której po prostu trzeba być. Bo bez niej nie byłoby wspomnień, o
wspólnym napieraniu z Krzysztofem Drożdżyńskim na pierwszej
pętli, o zawieraniu przy łyczku wiśnióweczki znajomości z Krasusem oraz Krewnymi i znajomymi
Królika (2011), o ratowaniu Wojtka na trasie
łykiem wody z bukłaka, o dyskusji z Tomkiem Banachem o pięknie
przyrody (2012), o wspólnym pochłanianiu miliona węglowodanowych
kalorii dzień przed startem i świętowaniu tego, że udało się
ukończyć kolejną Izerską (2013), o sprinterskim stumetrowym
finiszu, który pokazał, że jednak w tym roku też się zmęczyłem,
o Magicznym Domku z Najlepszą Drużyną Świata (2014) i wielu
innych. Gdy myślę o kolejnych "Izerskich" otwiera się
cały wór, ze wspomnieniami, chce mi się przeglądać zdjęcia,
oglądać mapy, aż zapominam, że mam tu pisać relację. Do rzeczy
więc!
Przygotowania. Kilka żeli zostanie w bazie. |
Jedziemy na start. Nocujemy, a jakże,
w Magicznym Domku, 23 kilometry od bazy zawodów w Lubaniu. Start o
9, ale planujemy dotrzeć na 7:30, żeby bez stresu przygotować się,
zjeść, porozmawiać ze znajomymi, których ma być cała kupa.
Zawodnicy z trasy 25 km mają być wywiezieni o 8:20 na start, chcemy
zdążyć jeszcze ich zobaczyć. Jedziemy we czwórkę – Paweł
(kieruje), Krasus (pilot), Michał i ja (tylna ławka, bez prawa
głosu). Leje jak z cebra, coraz mniej mi się to podoba. Wymyślam w
głowie różne dolegliwości które mógłbym udawać w taki sposób,
żeby nikt się nie zorientował, że udaję, a które nie
pozwoliłyby mi na start. Musiałbym (w trosce o zdrowie, bo zdrowie
najważniejsze) zostać pod dachem, w ciepłym, grzejąc się przy
kubku grzanego wina. Ponarzekałbym trochę, ale jakoś bym to
przeżył... Z marzeń wyrywa mnie niepokojąca myśl: "Na pewno
ten start o 9? Dlaczego tak późno?" Rzucam z mojego miejsca na
tylnej ławce: "Ktoś sprawdzał, czy start na pewno o 9?"
Krasus uspokaja: "Tak, o 9, zdążymy." Uff. Wracam do
podziwiania mokrego świata za szybą samochodu, myśli o rezygnacji
gdzieś odpływają. Pada to pada, najwyżej zmoknę. Nie pierwszy
raz.
Docieramy do bazy i przestaje padać.
Robi się ciepło. Czyli trzy koszulki wystarczą, dodatkowa bluza
nie będzie potrzebna. Jest 7:30, idziemy odebrać pakiety startowe,
kiedy jeden z organizatorów sugeruje: "Może lepiej idźcie na
odprawę, bo się zaczyna, a pakiety później weźmiecie?"
Dobry pomysł, tylko dlaczego odprawa tak wcześnie? "Start o
ósmej, jak to wcześnie?"... Niewiele myśląc biegniemy do
sali, odprawa już się zaczęła. Jednym uchem słucham
organizatorów, jednocześnie przebieram się, jem żel, piję izo z
BCAA i rozglądam dookoła, z kim to przyjdzie mi dzisiaj biegać.
Dużo znajomych twarzy, osobiście, z widzenia, z tras PMnO i innych.
Czuję się jak u siebie. I w tym całym zamieszaniu pojawia się
wspomnienie pierwszej mojej Izerskiej. Pamiętam, jak prawie z
otwartymi z przerażenia ustami czytałem napisy na koszulkach:
"Maraton Komandosa. 100 km pieszo", "Nie śpię, nie
jem, biegam" "Ekstremalne cośtam...", "Jakaśtam
Wyrypa". I widziałem ludzi, którzy obwód w udzie mają taki,
jak ja w klatce piersiowej. I myślałem: "Co ja tu robię?
Nawet biegać nie umiem..."
Dzisiaj wiem, że uda to nie wszystko.
Biegać można również głową. Napisy na moich koszulkach są
podobne. Większość koszulek, które mają na sobie uczestnicy tegorocznej imprezy już kilka razy widziałem, wiele z nich
mam. Nie zastanawiam się, czy dobiegnę. Jeśli nie złapię
kontuzji na pewno dobiegnę. Zastanawiam się, który dobiegnę.
Większa, w porównaniu z 2011 rokiem, pewność siebie wynika z
doświadczenia. Kilka kilometrów już przebiegłem. W kilku zawodach
wystartowałem. Zdarzyło się (w mniejszych zawodach) stanąć na
pudle. Wciąż uważam się za początkującego. Wielu rzeczy jeszcze
nie wiem. Wiele mogę i chcę się jeszcze nauczyć. Ale stając na
starcie Izerskiej wiem jedno. Jestem w stanie ją ukończyć i nawet
przy dobrych wiatrach powalczyć o jakieś przyjemne miejsce.
Start
W dużym zamieszaniu przywitałem się
ze znajomymi, nawet trudno mi teraz przypomnieć, o czym
rozmawialiśmy. Ledwie zdążyłem wyjść przed biuro zawodów, a tu
już każą startować. No to lecimy. Ktoś sugeruje, że dobrze by
było być pierwszym przy mapach, więc biegnę w czubie. Nawet nie
wiem ile do tych map – półtora kilometra, dwa i pół?
Nieistotne, trasa dobrze oznaczona wstążkami, trzymanie się w
czołówce nie nastręcza trudności, zaczynam się więc uspokajać.
Dochodzi do mnie, że biegnę już w kolejnej Izerskiej i że już
sprawia mi to ogromną przyjemność. Byle tak dalej!
Pierwsza "pętla". |
Dobiegamy do map, łapię swoją i
analizuję. Gdy dociera do mnie, gdzie
zlokalizowano punkt żywieniowy, w którym dostanę drugą mapę,
jestem trochę zawiedziony. Z mapy wynika, że jest
tylko jeden racjonalny wariant kolejności zaliczania punktów.
Wszyscy pobiegną tak samo. A gdzie wybór - prawo czy lewo i po nim
kolejne warianty - jak w 2011? A gdzie mierzenie sznurkiem, jaka
kolejność zapewni najkrótszy przebieg – jak w 2012? A gdzie
zastanawianie się – robić długie przeloty po drogach, czy
ładować się w lasy, i myślenie od której strony punkt łatwiej
będzie znaleźć – jak w 2013? Ruszamy nie tracąc czasu do
pierwszego punktu, ciągnie mnie strasznie do przodu i podkręcam
tempo. Słyszę od Pawła i Krasusa, że trochę za duże tempo i sił
nie starczy. Napieramy razem więc się dostosowuję, nie do końca
wierząc w hasło: "Lepiej trochę wolniej, ale dobrze
nawigować.". "Lepiej trochę szybciej i dobrze nawigować"
myślę sobie i za kilka minut wybieram złą drogę na skrzyżowaniu
i tracimy kilkadziesiąt sekund na powrót i kilka pozycji. Teraz już
sam sobie po cichu mówię: "Opanuj się Jędrzeju, to Izerska.
Skup się, bo Arek i Kornel na pewno łatwej trasy by nie
przygotowali." Parafrazując klasykę: navigatio necesse est.
Druga "pętla". |
O słuszności tej ostatniej mądrości
przekonujemy się już niebawem. Biegniemy we trójkę: Krasus, Paweł
i ja. Michał został gdzieś po drodze, może faktycznie za szybko
biegniemy? Wybiegam z trzeciego punktu i skręcam w lewo w błotnistą
drogę, kierunek się zgadza. Paweł z Krasusem wstrzymują mnie,
pokazując kawałek w prawo inną asfaltową drogę. Rzut oka na
mapę, ok, wtopiłem, cofam się i biegnę za nimi. Ale bym narobił!
Droga prosta, przyjemna, biegniemy i rozmawiamy. Nie patrzymy na
kompasy, ale co tu patrzeć, droga wiedzie nas jak po sznurku,
wszędzie las, wszystko wygląda dobrze. Dopóki nie dobiegamy do
skrzyżowania. Wygląda inaczej na mapie, wybieramy najbardziej
prawdopodobny wariant, ale droga zaczyna się piąć pod górę. I
kompasy się nie zgadzają. Coś tu jest nie halo. Widać prześwit
na końcu drogi, dobiegamy zobaczyć, co się pokaże i ku naszemu
zaskoczeniu przed nami rozciąga się przepiękny widok na
kamieniołom. Organizatorzy coś wspominali o kamieniołomie. Że nie
wchodzić? Że i tak żaden wariant nie zbliża się do kamieniołomu?
Że nie ma potrzeby się tym przejmować? No to już wiem, że
jesteśmy w dupie. Na domiar złego przypomina mi się, że jak w
2011 roku z Pawłem dzień przed zawodami rozpoznawaliśmy te tereny,
to też trafiliśmy na kamieniołom i nie do końca w tym miejscu, w
którym byśmy się go spodziewali. Sam już nie wiem, czy to ten
kamieniołom, co na mapie, czy inny, a może się powiększył – w
końcu stare mapy, może go w końcu przenieśli? Co ty bracie, jak
kamieniołom przenieśli? Przekonuję resztę, że najlepiej obiec
kamieniołom dookoła wzdłuż krawędzi, zamiast szukać właściwej
drogi, dobiegniemy na południowy kraniec i potem się pomyśli. Z
nosami na kwintę ruszamy dalej. Taka wtopa na początku (przez którą
nie mamy już co myśleć o dobrych miejscach) potrafi zepsuć humor.
Wychodzimy jakoś z tej opresji, przed kolejnym punktem spotykamy
tłumy tych, którzy byli za nami. Jest i Michał, zabiera się z
nami i trzyma się aż do wodopoju. Trasa do wodopoju nie
zapadła mi w pamięć, punkty zbieramy z biegu, bez szukania,
wszystko idzie gładko. Wyprzedzamy kolejnych biegaczy, kilka
zamienionych zdań i już nas nie ma. Pogoda się zmienia, trochę
pada, trochę wieje, zaczynam marznąć więc żeby się rozgrzać, tradycyjnie,
przyspieszam.
![]() |
Drugi punkt żywieniowy, początek OS. |
Na punkcie żywieniowym dowiadujemy się, że zamykamy
pierwszą dziesiątkę, do lidera tracimy chyba mniej niż pół
godziny. Trochę mnie to ożywia i z nowymi siłami ruszamy dalej. Po
Michale widzę, że nie wytrzymuje tempa, drę się w niebogłosy,
żeby dodać mu sił. Nie będę pisał co krzyczę, bo to
niecenzuralne w większości. I na długo niestety nie pomaga, więc
do drugiego punktu żywieniowego docieramy już tylko we trójkę.
Marnujemy trochę czasu na analizę mapki odcinka specjalnego i
ruszając zaliczamy kolejny błąd, biegnąc po drogach (najpierw
zbieg a następnie podbieg) zamiast grzbietem po poziomicach, nie
tracąc wysokości. Kolejne punkty wchodzą ładnie, oprócz OS4
opisanego jako "suchy staw". Akurat teraz mocniej pada,
padało całą noc, jak tu znaleźć suchy staw? Znajduję w końcu
suchy staw, ewidentnie widać, że kiedyś był zbiornikiem wodnym,
teraz porośnięty trawą. Szukamy punktu minutę, dwie... To nie
tutaj, zaczynamy czesać okolicę i w końcu ktoś wypatruje punkt
przy drzewie. W "suchym stawie" pełno wody, tonie pode mną
belka i zanurzam się w wodzie do pół łydki. Co tam, i tak buty od
dłuższego czasu miałem mokre.
Po OS3 szybki przelot do OS2 (oprócz
samej końcówki przez chaszcze) i można wracać do domu. W połowie
drogi do punktu 12 orientuję się, że cztery lata temu dokładnie w
tym samym miejscu był jeden z punktów kontrolnych. Jestem u siebie!
Przejmuję dowodzenie i cisnę znaną sobie drogą, bez cienia
wahania, podbijamy punkt i zaczynamy zbiegać. Czuję, że ogarnia
mnie coś dziwnego, biegnę i wydaje mi się, że mogę szybciej,
biegnę szybciej i ciągle czuję zapas sił. Ostatnie trzy punkty
wyglądają na bardzo łatwe nawigacyjnie, drogi wydają się
oczywiste. Teraz, to już tylko kwestia nóg.
Słyszę jakieś zamieszanie za mną,
odwracam się, to chyba Krasus nurkuje w błotnej kałuży. Nie czas
na zabawę panowie, biegniemy! Nie zwracam większej uwagi na to
zdarzenie (jak się później okazuje, wyglądało groźnie),
uznając, że skoro wstał i może mówić, to nic poważnego się
nie stało. Jeszcze tylko musi opłukać z błota mapę i biegniemy. Długi
przyjemny zbieg do punktu, zostawiam trochę Pawła i Krasusa za sobą
i znajduję punkt pod mostkiem. Krasus wolniej zbiega, bo dokucza mu
kolano, nie chce go przeciążać przed połówką ironmana w
Borównie - za dwa tygodnie. Paweł w tym sezonie jest w delikatnie
gorszej formie niż w ubiegłym, daje się to zauważyć na
końcówkach różnych zawodów. Robię co mogę, żeby ich zachęcić
do szybszego biegu, ale nie bardzo wiem, co powiedzieć. Nie chcę
zmuszać Krasusa do przesilania kolana, będę sobie wyrzucał jak w
Borównie przez kolano pięciu godzin nie złamie. Nie wiem jak
zmotywować Pawła, wiem, że potrzebuje piętnastu minut oddechu i
potem wrócą mu siły (jak na Złocie dla Zuchwałych). Nie chcę
biec sam zostawiając ich w tyle, bo po pierwsze (egoistyczne),
samemu trudniej mi będzie szukać punktów, a po drugie (mniej
egoistyczne) takich rzeczy się nie robi. Poza tym wiem, że jeśli
chcą, dadzą radę mnie dogonić i ścigając się wszyscy trzej
zajedziemy się w trupy. Albo w zombie.
Motywacja
Sama radość! |
Z pomocą przychodzi mi Niebieski.
Oglądam się i widzę jak za lasu za nami wybiega zawodnik w
niebieskiej koszulce. Kilka razy spotkaliśmy go na trasie wiem, ze
jest mocny. Wspólny wróg jednoczy, chłopaki wciągają po żelu i
zaczynamy uciekać. Krasus i ja trochę z przodu, Paweł ile sił z
tyłu. Rozdzielamy się dopiero w wiosce na podbiegu, Paweł macha w
sposób, który pozwala mi na interpretację: "Biegnijcie sami,
nie chcę was spowalniać. Zajmę się Niebieskim, nogę mu podstawię
albo co. Powiedzcie mojej żonie, że ją kocham, a prezydentowi, że
zginąłem za ojczyznę śmiercią bohatera.". Przyjmuję taką
jego decyzję i biegniemy dalej. Przed 14 punktem spotykamy Arka,
który robi nam zdjęcia i trochę wprowadza w błąd, mówiąc, że
przed nami widział tylko trzech. To niemożliwe, ale przez chwilę
łudzę się nadzieją, że będę czwarty albo piąty. Czternasty
punkt znajdujemy fuksem, prawdziwym Krasusowym kątem oka i odbiegamy
najszybciej jak się da, żeby nie ułatwiać Niebieskiemu. W połowie
trasy chętnie wskazuję innym zawodnikom punkty, na końcówce,
kiedy więcej jest ścigania się niż współpracy, już tak chętnie
tego nie robię. Mamy tylko tyle przewagi nad Niebieskim, że
jesteśmy w stanie zauważyć, że trochę przestrzelił punkt i
zaczyna szukać. To dobra informacja, maleje niebezpieczeństwo, że
nas dogoni. Pomimo tego co chwilę odwracamy się za siebie, żeby
zobaczyć, czy nie majaczy gdzieś na horyzoncie.
I można odpocząć. |
Ciśniemy, ile sił w nogach. Krasus
zdecydowanie lepiej na podbiegach, trochę mi nawet tchu brakuję,
gdy utrzymuję jego tempo. Ja na zbiegach "rozpuszczam nogi"
– nie mam ważnego startu w najbliższym czasie więc bolące
kolano (tak, mnie też boli) spokojnie ignoruję. Punkt podbijamy bez
trudności i po kilku chwilach wbiegamy do Lubania. Nagle przed nami
miga ktoś ubrany na czarno. Najwyraźniej doganiamy jakiegoś
biegacza. Do mety zostało 500 może 1000 metrów. Nie ma szans, żeby
go dogonić. Zadaję trudne pytanie: "To co, ścigamy się?".
Wiem, że biegowo z Krasusem nie wygram, ale mam w sobie ogromną
chęć powalczyć. Krasus rzuca tylko: "Biegnij, zasłużyłeś." Nawet trochę w to wierzę, faktycznie mocno dzisiaj napierałem. Nie bez
pewnego zakłopotania ruszam do sprintu, biegnę pięćdziesiąt
metrów, sto, daję z siebie wszystko, oddalam się od Krasusa, sto
pięćdziesiąt metrów, Krasus zaczyna się zbliżać....
Przyspieszył? Nie, to ja zwalniam... Ale przecież macham nogami
najszybciej jak się da... I czuję, że kończy mi się moc, że
zużyłem całą energię na dzisiaj. Ale nie poddaję się ostatkiem
woli (bo sil już nie ma) utrzymuję dystans do Krasusa i wbiegam
pierwszy do biura zawodów! Odwracam się, patrzę, dobiega Krasus i
na schodach przed drzwiami robi pąpki! Cyborg nie człowiek!
Wychodzę przed budynek, jest już
Marcin Kargol (2 miejsce na TP25), jest Borman.
Przyjechał Radek z żoną (100 kilometrów tylko po to, żeby
pokibicować). Witam się, gratuluję i przyjmuję gratulacje. Siadam
i się napawam. Atmosferą, rozmowami, znajomymi, wynikiem.
Przybiegają kolejni zawodnicy – Niebieski, Paweł, Andrzej, Michał
i Jacek, Matrix. Przyjeżdżają Wybiegany i Justyna, Martyna, Magda,
Marta z Izą, pojawia się Irek (pięć Izerskich zaliczonych!), jest i Iza i
wielu innych, których pewnie zapomniałem wymienić. Tłum ludzi
tworzących ogromne zamieszanie i rewelacyjną atmosferę, w której
na drugi, trzeci plan schodzi to, kto przed kim przybiegł, z jakim
czasem i które miejsce zajął. Jeszcze tylko idziemy coś zjeść,
jeszcze tylko Kargolowi wręczą puchar (co uświetnimy donośnym
buczeniem), jeszcze tylko dotrzemy do Magicznego Domku i można
zacząć świętowanie. Co świętujemy? Ja świętuję to, że tu
jesteśmy. Że się spotkaliśmy. Że robię to, co lubię. Z ludźmi,
których lubię. Że oczywiście, zapamiętam super trasę, świetną
organizację imprezy, swój dobry wynik (moja izerska życiówka),
ale przede wszystkim pamiętać będę wspaniale spędzony wspólny
czas ze wspaniałymi ludźmi. I z tym zawsze będzie mi się kojarzyć
Izerska Wielka Wyrypa.
Proszę o uśmiech! Fot. Krasus |
W tym miejscu miało się znaleźć
porównanie mojego ekwipunku, stroju, taktyki, itp... z edycji
2011-2014. Ale chyba sobie odpuszczę. Za młody jestem na
podsumowania. Co nieco można zobaczyć na zdjęciach:
IWW 2012. Lżejszy plecak, długie spodnie. Z Jackiem, Horym, Matriksem i Andrzejem. |
![]() |
IWW 2013. Krótkie, luźne spodnie - idealne na dwumetrowe pokrzywy! Z Pawłem i Tomkiem. |
IWW 2014. Lekki, pusty plecak, litr wody, cztery żele. Leginsy i opaski (na pokrzywy). Wspominany Niebieski, oraz Matrix, Andrzej, Jacek i Paweł. |
Niestety, nie pamiętam autorów zdjęć. 2014 to prawdopodobnie Arek z Mod-X, 2012 M. Strojny. Jeśli ktoś rozpozna swoje zdjęcia, proszę o info, uzupełnię.
O tegorocznej IWW pisali też:
Nie pisał Borman. Dlaczego? Na swoim profilu pięknie to wyjaśnia.
Kozy zombie.
Jedna sprawa wymaga wyjaśnienia. W kilku relacjach z tegorocznej IWW pojawiają się wzmianki o kozach zombie. Czym
są kozy-zombie? Skąd się wzięły? Jak pojawiły się w
Giebułtówku? Dużo już o nich napisano, niewiele osób jednak wie,
jak to było naprawdę. Jak to bywa z legendami miejskimi, każdy kto
o nich opowiada twierdzi, że zdarzyło się to jego kuzynowi,
szwagrowi, albo ciotce teściowej brata drugiej żony kuzyna. Ta
historia, choć możecie uznać ją za legendę wiejską, wydarzyła
się naprawdę.
Siedzieliśmy wieczorem, na zgrupowaniu
przed startem Izerskiej Wielkiej Wyrypy. Było dosyć chłodno, więc
schowani w domu w pokoju z wielkim oknem tarasowym, ogrzewając się
kocami, gorącą herbatą, czy co tam kto miał, rozmawialiśmy w
najlepsze. W nomen omen kozie stojącej w przedpokoju pięknie
trzaskały palące się drwa. Nic nie zapowiadało mających nadejść
wydarzeń.
Aż tu nagle pies obronny naszej
drużyny – Misza - wyczuła coś na zewnątrz, poderwała się i
zaczęła cicho skamleć obserwując coś za oknem. Spojrzeliśmy za
okno, a tam na naszym tarasie pojawił się najprawdziwszy
pies-wampir. Czarny, jakby wyszedł z piekielnych czeluści, z
połyskującymi wystającymi kłami. Po dokładniejszej obserwacji
zza bezpiecznej szyby okazało się, że ten osobnik wygląda nie
tyle jak wampir, a bardziej jak zombie. Po przeprowadzonej
ekspertyzie, powołaniu sędziów kompetentnych i zażartej dyskusji
doszliśmy do przekonania, że faktycznie ów pies jest psem zombie.
Udało się go odpędzić z pomocą ognia, groźnych min i miarowego
tupania. Wtedy jednak zaczęliśmy baczniej przyglądać się
otoczeniu. Wsłuchiwać się w szum wiatru w którym powoli
zaczęliśmy rozpoznawać wycie. Brzmiało zupełnie tak, jak brzmi
nawoływanie się kóz-zombie. Fakty zaczęły się układać. Kozy,
które widzieliśmy w ciągu dnia, faktycznie nie wyglądały
zupełnie normalnie. Teraz już wiedzieliśmy. To kozy-zombie! I
zaczynają się nawoływać! Przed zabarykadowaniem się w domku
udało nam się zrobić jedno zdjęcie, czym prędzej przesłaliśmy
je znajomym, aby ostrzec przed niebezpieczeństwem. Co się działo
dalej? Aż strach wspominać. Groza bierze, gdy pomyślę, że
miałbym o tym napisać. Jedno wiem na pewno. W Giebułtówku grasują
kozy-zombie! Jest na to dowód, historyczne zdjęcie można obejrzeć
na osi czasu Marcina w pewnym popularnym portalu – o tutaj.
Love Jędrkowe pisanie.. ;) No i wreszcie, kurde, ktoś wyjaśnił o co kaman z kozami;) Rzeczywiście niektórzy mogli być zaniepokojeni;)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że Ci się podoba. Rozumiem, że zalajkujesz w konkursie? ;-P
UsuńTo najlepsza relacja z wyryp (l.mn) jaką kiedykolwiek czytałam.Czytając ja biegłam tam z Wami,na TP50.Chyba potrzebuje duży kubek kawy i jeszcze raz ją przeczytam.Fajnie piszesz:) ps.Aaa,teraz rozumiem,ze te pokrzywy na IWW 2013 to legendarne ! Tyle o nich słyszałam:)
OdpowiedzUsuńDziękuję za uznanie :-) A pokrzywy zaiste legendarne, jak i wiele innych elementów IWW, a i sama Wyrypa powoli zyskuje miano legendarnej. Wnukom na starość będzie co opowiadać...
Usuń