Jak to zwykle na przełomie czerwca i
lipca ciągle słyszę: "Jedrzej, oddałeś już sprawozdanie?"
i "Panie Jędrzeju, do końca tygodnia należy oddać
sprawozdanie." oraz "Jędrzej, pamiętasz? Czekam na
sprawozdanie. Pośpiesz się, bo mnie naciskają." Otrzymuję
nawet maila: "Przypominam, przesłanie raportu z
przeprowadzonych zajęć i kopii materiałów dydaktycznych na płycie
CD jest podstawą wypłaty wynagrodzenia...."
O co im wszystkim chodzi? Nie
wystarczy, że pracuję? Jeszcze mam się chwalić i tłumaczyć: Co?
Jak? Kiedy? Po co? Ile? No jak trzeba, to trzeba. Piszę te wszystkie
sprawozdania, raporty, podsumowania i myślę sobie, że skoro tak mi
to dobrze idzie, może machnę jeszcze półroczne sprawozdanie biegowe
albo biegowo-rowerowo-pływające? To przynajmniej zrobię z
przyjemnością.
Endomondo twierdzi, że do 30 czerwca
przebiegłem 294 kilometry + 51 km na orientację, przepłynąłem 48 kilometrów i przejechałem na rowerze 282 kilometry. Ilość nie poraża. Można nawet powiedzieć, że to bardzo mało jak na moje plany startowe. Spaliłem 31200
kalorii. Poraża jeszcze mniej, ale na szczęście nie biegam po to
by kalorie spalać. Przy mojej masie ciała, to nawet nie jest
wskazane.
Wystartowałem w 10 zawodach, w tym:
- w jednym Pieszym Maratonie na Orientację,
- jednym półmaratonie górskim,
- jednym półmaratonie,
- jednej atestowanej dyszce (Gostyń),
- dwóch piątkach, z których jedna okazała się piątką i pół a druga miała być piątką przełajową a okazała się raczej asfaltową szóstką,
- dwukrotnie przebiegłem 16,4 km w ramach Endu Winter Run w Poznaniu (za jeden chciano mi wręczyć medal za dystans krótszy, ale się wykłóciłem. Może niepotrzebnie, teraz miałbym dwa różne),
- do tego przebiegłem 37,23 kilometra uciekając przed metą w World for Wings World Run,
- i ponad 17 km supportując Krasusa w Triathlonie Karkonoskim,
- wziąłem również udział w Mistrzostwach Polski w Skyrunningu.
Podsumowanie półrocza. Brakuje numeru z World For Wings.
Co nie wyszło?
Nie złamałem 1h30min w
półmaratonie. I już w tym roku raczej nie złamię. W Warszawie ze
względu na problemy grypowo-żołądkowe, myślałem przede
wszystkim: „Daleko to jeszcze (do tego Toi-Toia)? Przesunąłem
więc łamanie na październik i Półmaraton Legnicki, ale pojawił
się pomysł wyjazdu na Maraton Bieszczadzki w tym samym czasie.
Łamać 1h30min czy jechać na drugi koniec Polski z najlepszą ekipą
na świecie? Chyba tylko udaję, że jeszcze nie dokonałem wyboru.
Nie przebiegłem
wystarczającej ilości Pieszych Maratonów na Orientację na
dystansie 50km, żeby zebrać 7 w roku i liczyć na przyjemne miejsce
w Pucharze. Ten plan przesuwam na następny rok.
Złoto dla Zuchwałych. Jedyne PMnO w tym półroczu. |
Co wyszło?
Wszystko pozostałe.
Złamanie 40 minut na 10 km w Gostyniu, poprawienie czasu Marduły z
ubiegłego roku, start i przebiegnięcie ponad 30km w World for
Wings. Wyszło godne reprezentowanie drużyny Smashing Pąpkins w
kilku biegach, chyba nie ma się tu czego wstydzić. Kilka razy
pobiegłem w Bartkowej Koszulce Mocy (zachęcam do wspierania akcji -
o tutaj).
Zacząłem więcej pływać
i jeździć na rowerze, dzięki czemu trochę mniej obawiam się
debiutu w triathlonie. Supportowałem Krasusa w Karkonoszmanie i
pomimo różnych myśli i wątpliwości o których pisałem, uważam
to zadanie za dobrze wykonane.
Wyszło też coś, co nie
było to częścią planu, ale traktuję jako dużą przyjemność.
Poznałem osobiście założycieli Smashingsów: Bo, Wybieganego i Błażeja (Krasusa już wcześniej skądś kojarzyłem).
Ach, życiówka w półmaratonie 1h31min45sek to też sukces, a przez nieudany plan łamania 1:30 prawie bym o tym zapomniał.
Miejsca?
Nie wszystkie pamiętam.
Na pewno 3 miejsce w PMnO Złoto dla Zuchwałych. Na Endu Winter
Run-ach 19-ste i 11-ste. Na World For Wings World Run 19 miejsce w
Polsce na jakiś tysiąc uczestników (3 w kategorii) i 461 na
świecie na ok 35tys. startujących (czad!). Pozostałych dokładnie nie pamiętam,
oczywiście da się to sprawdzić, ale po co? Najwyraźniej nie jest
to tak ważne, skoro nie pamiętam.
Daleko to jeszcze?
Pytałem o to na pewno na
Półmaratonie Warszawskim (o powodach wspominałem).
Pytałem na Złocie, ale
na PMnO to ważna sprawa, więc z reguły się nad tym zastanawiam.
Pytałem na WFWWR, ale to
dziwne pytanie przy tej formule biegu. Tylko ode mnie zależało, jak
daleko jeszcze. Im bardziej przyspieszałem, tym dalej było.
Odpowiedź tym razem powinna brzmieć: „Tak daleko, jak tylko
zechcesz, Jędrzeju”.
![]() |
Finisz. Tam gdzieś za metą musi być jakiś toi-toi! |
Nagrody
- 10 kg kąpieli solankowej Salco Therapy na Mardule – nagroda z losowania, odebrał za mnie Paweł, bo zachciało mi się jeszcze pobiegać po górach.
- Pasek na numer startowy (który według mnie nie działa, albo nie umiem go użyć ;-) i koszulka rozmiar XL – na szczęście szwagier jest szerszy w barach ;-) - Endu Winter Run
- plecak Lotto Poznań Triathlon – z którym teraz biegam na basen i udaję, że ze mnie wielki triathlonista. Laski mdleją. - Endu Winter Run 3
We wszystkich zawodach, w
których wziąłem udział, zrealizowałem co najmniej plan minimum,
w większości pobiegłem dużo lepiej niż planowałem. Na
niektórych wyjazdach (Marduła, Karkonoszman) bawiłem się dużo
lepiej, niż bym mógł sobie wyobrazić. Na niektórych (WFWWR)
pomimo super wyniku nie czułem tej radości i euforii, jakiej
czasami doświadczam przekraczając linię mety. Bywało i tak, że
pomimo braku sportowego sukcesu i zrealizowania tylko planu minimum
(Półmaraton Warszawski), przekraczając linię mety cieszyłem się,
że jednak dotrwałem do końca i byłem z
siebie dumny.
Pisząc to sprawozdanie
uświadamiam sobie powoli, że paradoksalnie najbardziej cieszy mnie
i najbardziej pamiętam wszystko poza samym biegiem, wynikiem, tempem
– tą sportową częścią zabawy.
Z Endu Winter Run-ów
pamiętam magiczną owsiankę mojej siostry i widok mojej
najwierniejszej kibicki Oli.
Gdzie ci kibice? Fot. H. Sarbinowska. |
Z Gostynia oprócz życiówki na dyszkę
poniżej 40 minut pamiętam spotkanie z Jakubem. Kiedy widzieliśmy
się ostatnio, ani on ani ja jeszcze nie biegaliśmy.
Na Biegu Papieskim
niespodziankę sprawili mi rodzice, niezapowiedzianie pojawiając się
tuż przed metą. Pamiętam, co krzyczeli, nie pamiętam jaki
dokładnie uzyskałem czas biegu.
World For Wings zapowiadał
się dobrze, mina zaskoczonego szwagra, widzącego mnie biegnącego
tuż za czołówką – bezcenna. Potem było już coraz słabiej, im
dalej, tym mniej kibiców i coraz nudniej, aż przestawało się
chcieć. Półmaraton Warszawski obronił się tylko dzięki temu, że
spędziłem kilka dni z Pawłem i Martyną i spotkałem kilku
znajomych.
Chyba nie lubię
ogromnych, kilkutysięcznych biegów, zwiększających anonimowość
biegaczy. A przecież każdy z nas biegających ma swoją historię,
swoje plany, swoje radości i chwile zwątpienia. Jak powiedział
ostatnio Borman, wywiady z tymi, którzy ciągle wygrywają nie są
interesujące. Interesujące są rozmowy z tymi, którzy często nie
zajmują miejsc w czołówce, ale wysiłek jaki wkładają w swoje
bieganie, pomysły które realizują i motywacja, która pozwala im
pokonywać przeciwności wymagają ich właśnie nazywania
zwycięzcami.
Ludzie
Osobiście najlepiej czuję
się, gdy na trasie spotykam osoby, które znam lub chociaż kojarzę z
innych imprez, mijam się z kimś kilka razy na trasie, jest okazja
zamienić kilka słów. Takie momenty wspominam najprzyjemniej, a
trudno o nie w biegu masowym. Na ostatnich dwóch kilometrach
Poznańskiego Maratonu w 2013 roku wyprzedziłem 43 osoby (wciąż nie
wiem jak to zrobiłem). Myślicie, że kogoś z nich pamiętam? A
ścigania się z Wojtkiem na Złocie dla Zuchwałych, nieudanych prób
utrzymania tempa Żanety na MGS-ie w 2013 roku i malutkiej, ale
przyjemnej satysfakcji wyprzedzenia jej w 2014, długo nie zapomnę.
Koronnym argumentem w moim zastanawianiu się "po co biegam?" jest
to, co wydarzyło się w moim biegowym życiu w tym roku w czerwcu. O Karkonoszmanie już
pisałem (o tutaj), z Marduły jeszcze zbieram myśli. To czas, taki jak ten spędzony
w Zakopanem i Giebułtówku, te kilka dni z nawiązką
rekompensujące trudy przygotowań, zawodów, tarabanienia się czasami
na drugi koniec Polski, po to, żeby przebiec kilka kilometrów. To chyba jest dla mnie piękno biegania -
spotkania z ludźmi, bez których cała ta zabawa nie miałaby za
wiele sensu.
Kiedyś myślałem, że to ja mam dużo startów w relacji do treningów, a potem zobaczyłem Twoje statystyki... ;)
OdpowiedzUsuńPotraktuję to jako komplement! A poważniej, to ze względu na brak czasu uznałem (za inspiracją Pawła oczywiście) że trenować bieganie będę na zawodach, a żeby jako tako wypaść na tri, skupię się w treningach na rowerze i pływaniu. Pierwsza część planu udała się znakomicie - biegam głównie na zawodach, gorzej z drugą, bo ilość kilometrów na rowerze i w basenie faktycznie nie powala. ;-)
Usuń