"Na tri bajk musi być dobrze
zfitowany!" to jedna z pierwszych prawd dotyczących triatlonu
jakie poznałem, zaczynając się interesować tym sportem. O co
chodzi? Prawdopodobnie o to, że triathlon wygrywa się na etapie
rowerowym, który jest najdłuższą i naszybszą częścią całej
zabawy. Im lepiej dobrany, dopasowany rower i
pozycja rowerzysty, tym więcej można zyskać oszukując opory
powietrza i unikając niepotrzebnych strat w przekładaniu siły
mięśni na prędkość roweru. W momencie gdy dowiedziałem się,
że w tym triathlonie, na który się zgłosiłem, także (o dziwo!)
jest etap rowerowy pomyślałem, że przygotowanie do tego etapu
będzie chyba najtrudniejsze. Oprócz tego pomyślałem: "Po co
Ci to było? Może się jeszcze wycofasz? Oj, Jędrzeju, bieganie ci
już nie wystarcza, ledwo kilka biegów zaliczyłeś a już chcesz
nowe dziwactwa próbować?" I: "Co za pomysł z tym
pływaniem na początku, cud będzie jak do etapu rowego dotrwasz, nie topiąc
się w tej Malcie." Ale mając długą i czasami owocną
praktykę w niesłuchaniu takich myśli, zająłem się kwestią
roweru.
Wybór roweru
No oczywiście rower szosowy. Bo przecież
triathlon w Poznaniu po płaskim, nie ma po co kupować górala. Z
resztą jeden stoi w piwnicy i smuci się, że nikt na nim nie
jeździ. To zobaczmy w internecie ile taka szosa kosztuje... Oj... No
dobrze, przecież ten cały triathlon może mi się nie spodobać,
kupię rower i zostanę z nim jak głupi. To może obejrzyjmy tego
piwnicznego górala...
Po nasmarowaniu tego, co ma się
ruszać, unieruchomieniu tego, co ma być nieruchome, napompowaniu
tego, co napompowane być musi, sprawdzeniu baterii w światełku
(działa! Dobrych kilka lat nieużywane i żyją!) ruszam na trasę.
Włączam endo, żeby sprawdzić prędkość i pedałuję co sił
oraz śmigam z zawrotną prędkością, mając śmierć w oczach na
karkołomnych zjazdach. Sprawdzam endo – średnia 19,6 km/h, max.
około 34 km/h. Kolejne "Oj!". Tak to my tego triathlonu
nie ukończymy. Ponowna inspekcja roweru – przednia zębatka trochę
wygięta, łańcuch ociera. Koła 26 cali i trochę zcentrowane, ale
o hamulce nie trą. No i rama za mała, jeszcze trochę i wybiję sobie zęby kolanem. Czyżbym urósł od
początu liceum?
Nie ma wyjścia, rower trzeba kupić.
Niby można ukończyć triathlon na rowerze "Wigry 3", ale
wigrów też nie mam. Po długim rozeznawaniu rynku i przeglądaniu
stron z fachowymi poradami, decyduję się na rower crossowy. Niby
góral, a nie góral. Koła 28 cali, rama w miarę opływowa i
zbliżona kształtem troszkę do szosowej, bez zbędnych części (błotniki,
koszyki, lampki). Wybór pada na Unibike Flash GTS. Cenowo do
przełknięcia, podstawowy osprzęt – bez rewelacji ale powinien
wytrzymać i piękny kolor – superbiałoczarnoniebieski. Rower ma jeden duży mankament
– amortyzowany przedni widelec – ale trudno w tej cenie znaleźć
coś bez amortyzacji w crossowym rowerze. Cóż, jakoś się z tym
amortyzatorem dogadamy.
Lifting
Po pierwsze zmieniamy opony. Z 35mm z
głębokim terenowym bieżnikiem na 28mm gładkie Michelin Dynamic sport. Opony
tanie, bo plan był wypróbować je, a na zawody kupić coś
droższego, kiedy będzie więcej doświadczenia. Ale coś czuję, że
przynajmniej na Poznań Michaliny zostaną. Do opon oczywiście nowe
dętki - oglądam nieprzebijalne, super trwałe, samonaprawiające... i kupuję zwykłe - na próbę.
Po drugie siodło – przy schodzeniu z
roweru po drugiej przejażdżce robię butem dziurę w siodle.
Ojojoj, jaka przykrość, jak mi smutno! Tak naprawdę to w końcu
mam pretekst, żeby wymienić je na coś bardziej szosowego. Wybieram
skórzane Q-BIK SelleItalia - producent chwali się, że ma dodatkową miękką warstwę. Moje odwykłe od roweru cztery litery chyba tego potrzebują...
Po trzecie lemondka. Każdy prawdziwy
tri-kozak ma lemondkę. I ja mam swoją. XLC Pro Tri-Bar. Pierwsze próby używania
jej nie napawają optymizmem, ale po jakimś czasie się
przyzwyczajam. Nadal nie jestem pewien ustawienia lemondki, ale o tym później...
Po czwarte pedały i buty. Dylemat –
szosowe, czy MTB? Niby hoduję jeszcze w sobie pomysł, że po tym
całym tri będę używał roweru do jazdy po górkach, ale tak
naprawdę myślę tylko, jak sprawić, żebym nawet ja nie poznał,
że ta szosa była kiedyś crossem. Wybieram więc szosowe Look - Keo Easy – ze wzgledu na cenę i łatwość wypinania się. Bloki szare, czyli zakres swobody buta 4,5 stopnia. A buty?
Oczywiście białe, eleganckie, w końcu tri to sport dżentelmenów
i dam! Wybieram Shimano SH-R078
Dokręcam amortyzator, aby był najtwardszy jak może być. Szkoda, że w tym modelu nie da się go zablokować.
![]() |
Smok do rozpędzania tłumu. |
Kupuję również dzwonek do rozpędzania tłumów. Jazda wyłożonym na lemondce z dużą prędkością bez dzwonka pod ręką grozi śmiercią lub trwałym kalectwem. Minister Transportu ostrzega. Dzwonek musi wzbudzać respekt więc wybór pada na smoka.
Fitting
Profesjonalny fitting kosztuje. I w moim przypadku wiązałby się z targaniem roweru do dużego miasta więc wymaga czasu. Oszczędzałem na rowerze, zaoszczędzę i na fittingu. Zrobię to sam! Zbieram informację, czytam, oglądam obrazki. Na Karkonoszmanie obserwuję Krasusa i trochę macam Zuzę (nie mówcie Krasusowi!), przypatruję się Bo i podglądam Kubę (nie macam, żeby nie było, że mataczyłem przy Wielkim Wyścigu). Zuza i Kuba to piękne szosy i daleko mojemu crossowi do nich, ale co nieco można podpatrzeć odnośnie pozycji, kątów, odległości... Zadaję oczywiście mnóstwo pytań, Krasus sugeruje odwrócenie sztycy siodełka, żeby przesunąć je trochę do przodu.
I ustawiam. Odwrócenie sztycy nie bardzo działa, bo mały zakres regulacji pochylenia siodła sprawia, że nawet maksymalnie opuszczony nosek siodełka sterczy do góry i wbija mi się nie powiem w co. Pochylenie mostka pomaga obniżyć kirownicę i, co zatym idzie całą pozycję ciała, ale powoduje, że kierownica i lemondka przesuwa się do przodu. Cofam lemondkę, przesuwam siodło maksymalnie do przodu, odkręcam, przykręcam, odwracam, zmieniam, mierzę, siadam, schdzę, pocę się, wkurzam, pobluzguję, uśmiecham, sprawdzam, zaczynam od nowa.
![]() |
Przed opuszczeniem mostka... |
![]() |
... i po. |
Przychodzi moment, w którym myślenie o ustawieniu roweru zajmuje każdą wolną (i nie wolną) chwilę: <Siedzę pracy, z boku wyglądam jakbym pracował i myślę: "Może wymienię mostek, albo cały widelec jak radzi Krasus? Albo może do tego pierońskiego crossa założyć kierownicę - baranka? Wtedy trzeba będzie manetki wymienić... Ale miało być bez kosztów..." Tak, tak już kończę to pismo, słuchałem, tylko się zamyśliłem, nie wiem czy to podsumowanie jest wystarczająco jasno sformułowane... ;-) >
W końcu dochodzę do kilku wniosków:
1. Nic już na razie nie będę poprawiał, pojeżdżę więcej i zobaczę jak się w tej pozycji czuję. Ważne, żeby się przyzwyczaić.
2. Szosy z crossa nie zrobisz.
3. Cross z lemondką wygląda głupio.
4. Góral z lemondką wygląda głupiej. ;-)
5. Jeśli ten cały triathlon nie daj Bóg mi się spodoba, na wiosnę kupuję szosę, a cross odzyskuje szersze opony i służy do treningów i jazdy w teren.
6. Rower musi mieć imię.
Imię
No właśnie. Lubię nadawać imiona rzeczom. Helena już ma swoje imię, Stefan, na którym piszę tego posta też nie narzeka. Rower powinien mieć imię. Ale rower na imię powinien zasłużyć. Musi, jak wojownik, wykazać się w walce, aby otrzymać imię i móc wejść do grona innych, posiadających imię. Będzie mógł wtedy śmiało i dumnie stać koło Kuby czy Zuzy. Albo mogła stać. Bo coraz cześciej wydaje mi się, że Rower Bez Nazwy (zwany też obecnie Rowerem Bez Imienia) to jednak dziewczynka... Próbą, która pozwoli sprawdzić, czy Rower Bez Nazwy zasłużył na imię, będzie Poznań Triathlon.
Galion
![]() |
Nowy galion |
Osobnik imienia również nie ma i tu pojawia się mały konkurs. Konkurs na imię nowego galionu. Nagrodą w konkursie będzie dozgonna wdzięczność oraz książka Caroline Alexander "Endurance. Antarktyczna wyprawa Shackletona". Zwycięzcę wybiorę ja.
![]() |
Nagroda! |
Jeeeju, gapa byłem na 100% przekonany, że dodałem Twojego blogaska do RSS i tak sobie myślę: ech, ten Jędrek, nic nie pisze... Klikam, wchodzę, pisze! Galion, piękny ten nowy jest! Jak dla mnie to wygląda jak Hipcio ;)
OdpowiedzUsuńPisze, pisze! ;-) A w głowie jeszcze pełno pomysłów i pełno zalegających przemyśleń z biegów do przelania na klawiaturę. Tylko nie ma kiedy...
OdpowiedzUsuńOficjalnie potwierdzam - aktualnie prowadzisz w mini-konkursie na nazwę! ;-)
Brak czasu - coś o tym wiem.. mam na pendrajwie plik o nazwie "teksty do napisania na bloga" - zapisuję sobie tam wolne myśli, pomysły, tematy itd. No i pliczek rośnie.. :) Podobnie jak np. sterta książek "do przeczytania"...
UsuńWitam, fajne zwierzaki na kierownicy:) Mam pytanie gdzie znalazłeś taki łącznik lemondki? Mam taką samą i zastanawiam się czym dwa oddzielne pręty, na koncach , tak jak zorbiłeś to ty, żeby była stabilniejsza i bezpieczniejsza w razie ewentualnego poślizgu rąk.
OdpowiedzUsuń