![]() |
Mapa trasy. Źródło: www.maratongorstolowych.pl |
Postanowiłem wystartować kolejny raz
w Maratonie Gór Stołowych, który niepostrzeżenie w czasie między
zapisami a startem zmienił się w SuperMaraton Gór Stołowych tyjąc
o kilka kilometrów długości i kilkaset metrów podbiegów.
Postanowiłem ułożyć plan przebiegnięcia go w czasie poniżej
sześciu godzin. Oto co z tego wyszło.
Maszyna
Przygotowuję PLAN! Dzielę go na kilka
części, aby łatwiej było go ogarnąć:
Plan odżywiania
Co piętnaście minut – z
dokładnością do minuty – łyk lub dwa wody z bukłaka. Nie ma
odstępstw, nawet w momentach gdy chwilę wcześniej piłem na
punkcie odżywczym. Co pół godziny jem. Żel energetyczny lub coś
na punkcie. Tu odstępstwa są możliwe, kilka minut wcześniej lub
później, byle by się trzymać półgodzinnych
odcinków. Żołądek musi być pełen, wtedy nie burczy. Na początek
pójdą słodkie żele – owoce leśne, maliny, im później tym
bardziej wytrawnie – pomidory i ewentualnie w ostateczności słony
karmel. W plecaku jako zapas mus owocowy, mam nadzieję, że nie
będzie potrzebny. Przy krótkich zawodach (poniżej sześciu godzin)
ważniejsza dla mnie jest energia niż wypełnianie żołądka. Na
punktach planuję korzystać z izotoników, bananów i rodzynek, mam
nadzieję, że będą też arbuzy. Pomarańcze ominę szerokim
łukiem, pomimo że rewelacyjnie odświeżają, rok temu po zjedzeniu
dwóch na pierwszym punkcie doświadczyłem nieprzyjemnego pieczenia
i opuchnięcia w okolicy ust. Woda w bukłaku (1,5 litra) ma starczyć
na cały bieg, nie będę tracił czasu na dolewanie.
Plan czasowy
Chcę uzyskać czas poniżej sześciu
godzin. Rok wcześniej, na krótszej trasie (46 km) uzyskałem czas
6h00min34s. Zadanie złamania sześciu godzin w tym roku wydawało
się proste, dopóki Piotr Hercog nie ogłosił (kilka tygodni przed
startem) wydłużenia Maratonu o pętlę około 2,5 kilometra (i 200
metrów przewyższenia), oficjalnie ustalając dystans biegu na 50
km. No cóż, postaram się zmierzyć i z tym wyzwaniem.
Profil trasy. Źródło: www.maratongorstolowych.pl |
Trasę dzielę na sześć odcinków, w
czym pomaga mi wyznaczenie przez organizatorów pięciu punktów
żywieniowych – na ósmym, osiemnastym, dwudziestym ósmym,
trzydziestym szóstym i czterdziestym trzecim kilometrze trasy. Plan
przewiduje ukończenie biegu w sześć godzin, na każdy odcinek
godzina. Zapas z pierwszego – krótszego – odcinka przyda sie na
końcu do pokonania 665 schodów na Szczeliniec Wielki. Drugi i trzeci odcinek – każdy po 10 kilometrów muszę przebiec w
godzinę. Czwarty, piąty i szósty odcinek – odpowiednio osiem, siedem i siedem
kilometrów – także po godzinie. Dodatkowo, sama końcówka –
podbieg na Szczeliniec zajmie mi około 16-20 minut, przydłaby się
więc delikatny zapas na ostatnim punkcie – będę spokojny, jeśli
dotrę tam z czasem 4h55min-5h.
Plan taktyczny
Ustawię się dosyć wysoko w stawce
żeby w trakcie pierwszego asfaltowego podbiegu nie męczyć się za
bardzo wyprzedzaniem. Wiem, że ten odcinek mogę pobiec szybko i nie
będzie to miało większego wpływu na zmęczenie na terenowych
odcinkach. Potrzebuję trochę rozgrzewki na początek, żeby nogi
zaczęły działać ;-)
![]() |
Przedstartowe fotki. Tu - z Radkiem. Fot Borman |
Wśród startujących jest wielu
biegaczy, których dobrze rozpoznaję z poprzednich lat i innych
biegów górskich w tym roku. Orientuję się mniej więcej w ich
wynikach, możliwościach. Jeśli się uda, wybiorę w miarę szybko
kogoś zbliżonego do mnie wynikami i postaram się przez pierwszą
połowę kontrolować do niego dystans. Niby czuję, jak szybko mogę
biec, niby dwa MGS-y za mną i pamiętam dobrze międzyczasy na
punktach żywieniowych i tempo biegu, ale w planie nie ma miejsca na
czucie. Trochę sobie nie dowierzam i boję się, że zacznę za
szybko lub za wolno. Ustalam więc PLAN jako coś zewnętrznego,
niezależnego od mojego czucia. Jest to trochę eksperyment, który
ma szukać odpowiedzi na pytanie: "Co biega? Człowiek, czy jego
plan? Czucie czy myśli? Nogi czy głowa? Kim jestem w bieganiu –
człowiekiem, czy maszyną?"
Plan motywacyjny – mój własny
czelendż
Nie zatrzymam się. Oprócz punktów
żywieniowych i podejścia po schodach na Szczeliniec, nie zatrzymam
się. Choćby mi nogi miały spłonąć z bólu, nie zatrzymam się.
Będę szedł, noga za nogą, nawet w miejscu, ale nie przestanę się
poruszać. Jest kilka takich podejść, na których w tamtym roku się
zatrzymałem, żeby złapać trochę tchu i dać choć sekundę
wytchnienia nogom. W tym roku nic z tego. Nie potrzebuję odpoczywać,
potrzebuję biec!
![]() |
Dobry humor przed startem. Fot. Borman |
Zaczęło się!
Realizuję ściśle przygotowany PLAN.
Momentami podczas biegu myślę jednak, że to PLAN realizuje mnie. A
w momentach, kiedy na chwilę zapominam o PLANIE biegnie mi się
najlepiej. Ale o tym za chwilę.
![]() |
Trasa miejscami bardzo wymagająca. Zwycięzca biegu, Robert Faron. Fot. Piotr Dymus |
Od początku wszystko idzie zgodnie z
planem. Biegnie się świetnie, nie męczę się za bardzo, piję,
kiedy mam pić, jem kiedy mam jeść. Wyprzedzam. Do punktu na ósmym
kilometrze dobiegam po 50 minutach, jest dobrze, zgodnie z planem.
Kubek izotonika do środka, kubek wody na zewnątrz (polewam głowę),
banan, o jest arbuz! Podchodzę do rodzynek ale zamiast nich biorę
garść żelków i ruszam w drogę. Pierwszy kilometr za punktem
powoli, żucie żelek pochłania trochę energii. Na szczęście
przez żołądek żelki tę energię oddadzą mięśniom.
Doganiam Roberta Sawicza, wiem, że jest szybszy ode
mnie więc postaram się tak długo jak się da utrzymać za nim.
Nadaję mu tytuł Osobistego Tempomatu i koncentruję na tym, żeby
za bardzo mi nie uciekł. Zaczyna się trudniejszy, ale sprawiający
więcej radości teren. Ścieżki są wąskie ciągle wiją się
góra-dół. Na jednym zakręcie zahaczam dłonią o jeżyny,
odruchowo odskakuję w bok, i niestety jestem poza ścieżką. Skarpa
jest stroma, zanim się zatrzymam zdążę zjechać ze dwa metry w
dół. Na szczęście trawa, miękko, żyję. Ktoś przebiega górą,
upewnia się, że jestem cały i znika za następnym zakrętem.
Wdrapuję się z powrotem na szlak i znowu gonię mój Tempomat.
Kilka zakrętów dalej wybiegam zza skały, a tu w poprzek drogi
zwalone drzewo. Szybka decyzja – górą! i hop przeskakuję jednym
susem już w powietrzu widząc, że za pierwszym drzewem leży
drugie. Wiem, że nie starczy mi miejsca, żeby wybić się po raz
drugi, więc nie zwalniając nurkuję pod pień. Ocieram kolanem o
ziemię, słyszę jak plecak ociera o pień nade mną i już jestem
po drugiej stronie wypatrując kolejnych przeszkód. To właśnie
kocham w bieganiu po górach!
Ogniu krocz za mną!
Przypominam sobie przedstartowe okrzyki
i zachęty znajomych "OGIEŃ!" Chodzi o to, żeby dać z
siebie wszystko, wykrzesać resztki sił i napierać, byle szybciej!
Ale ogień pojawia się na biegu także w innych formach, nie zawsze
jest sprzymierzeńcem...
Półtora godziny biegu za mną. Coraz
wyraźniej czuję ogień. W podeszwach stóp. Ogień w podeszwach
jest do opanowania. Wielokrotnie w trakcie biegów miałem wrażenie,
że zamiast stóp mam jeden wielki bąbel. Bałem się na samą myśl,
że będę musiał zdjąć buty i skarpetki. A na mecie okazywało
się, że żadnego bąbla nie ma. Że stopy trochę odparzone,
zmęczone, ale całe. I ogień w podeszwach sam wygasał.
Czuję ogień w łydce. Kilka razy pod
rząd źle wylądowałem i zaamortyzowałem może zbyt mocno łydką.
Teraz piecze jak diabli. Niech sobie piecze, jak lubi, ale
dekoncentruje. A raczej koncentruje na sobie moją uwagę i zaczynam
mniej uwagi zwracać na trasę. Skupiam się na łydce, na podeszwie,
wizualizuję powstające pęcherze. Coś trzeba z tym zrobić,
odwrócić uwagę. Potrzebne mi placebo. Łykam painkillera, licząc
bardziej na to, że zadziała przeciwzapalnie, do bólu muszę się
przyzwyczaić. Zresztą przy mojej przemianie materii
środki przeciwbólowe w najlepszym wypadku działają jedną trzecią
czasu, przewidzianego przez producenta. A szprycowanie się nimi co
godzinę raczej mi nie pomoże w koncentracji na trasie.
Wybiegam na otwartą przestrzeń i
naglę czuję, jak żar leje się z nieba. "Ogniu, choć przez
chwilę, nie krocz ze mną" myślę. Jest bardzo, ciepło, nawet
jak dla mnie. Biegnę przecież w dwóch koszulkach, przy takiej
temperaturze zaczynam odczuwać, że może tym razem warto byłoby
zrezygnować z jednej. Ale polana się kończy i kończy się ogień
z nieba, zawiewa delikatny wietrzyk i znowu się cieszę, że mam
dwie koszulki na sobie. Trasa Maratonu w znacznej większości
wiedzie przez las, nawet przy wysokiej temperaturze brak
bezpośredniego wystawienia na słońce ułatwia bieganie.
![]() |
Malownicza trasa maratonu. Fot. Piotr Dymus |
Drugi punkt żywieniowy – 18-sty
kilometr, czas ok 1h53min. Trochę straciłem zapasu ale wciąż w
normie. Wybiegam i przyspieszam, bo Robert, którego wyprzedziłem przed
punktem, nie zatrzymał się na postoju i zyskał nade mną ze dwie
minuty. Dogania mnie Ewa Majer (dlaczego dopiero teraz?), jak się potem okazuje zwyciężczyni w klasyfikacji kobiet i
wyprzedza. Kobieta mnie wyprzedza! Z resztą drugi raz już dzisiaj,
bo na zbiegu do drugiego punktu też to zrobiła, ale ja szybciej
jadłem i wybiegłem na trasę pierwszy.
Następuje bardzo długie dziesięć
kilometrów do Pasterki. Droga dłuży mi się niemiłosiernie,
doganiam Tempomat i zostawiam w tyle, za wolno to dzisiaj dla mnie.
Gdy dobiegam do asfaltu, którym rano zaczynaliśmy bieg już wiem,
że etap pomiędzy drugim a trzecim punktem zajmie mi dużo dłużej
niż planowałem. Na podbiegu przed schroniskiem mnóstwo kibiców,
biegacz którego doganiam rzuca: "Głupio tak iść przy takim
dopingu" więc mimo że stromo pod górkę zrywam się do biegu.
Na trzecim punkcie znowu krótko – kubek do środka-kubek na
zewnątrz-jeszcze jeden do środka -arbuz-banan-żelki w łapkę i
biegniemy dalej. A raczej idziemy, bo motywacja trochę spadła.
Patrzę na zegarek, jestem już 3 godziny i 10 minut w trasie.
Powinienem, według planu, być tu co najmniej 10 minut temu. Plan
się trochę sypie, bo ani sił, żeby przyspieszyć, ani widoków na
to, że dalsza trasa będzie łatwiejsza. Mijam zawodnika,
który rozciąga nogę. "Skurcze?" pytam bardziej z
kurtuazji niż z ciekawości i zauważam, że ma dużą ranę w
okolicy achillesa. Nie wygląda to fajnie. On jednak odpowiada, że
wszystko w porządku, żebym biegł dalej, poradzi sobie. Biegnij
dalej. Łatwo powiedzieć, jak nogi już nie chcą. No dobrze
Jędrzeju, zdecydowałeś się, nawarzyłeś tego piwa, więc teraz pij.
I oto na scenę wchodzi Hercogowa
Pętelka. Zaczyna się ostrym, prawie pionowym zbiegiem w dół.
Zmęczone mięśnie nie chcą się już tak wysilać. Zwalniam,
boleśnie odczuwając każdy krok i schodek. Niby cały czas się
poruszam, ale bardzo wolno, sztywno, trochę jakbym był pierwszy raz
w górach. Dogania mnie i wyprzedza trójka biegaczy, jeden nawet
pyta: "Skurcze?". "Nie. Zmęczenie." odkrzykuję
i zmuszam się do wysiłku próbując utrzymać ich tempo. Nawet mi
się to udaje, gdy dobiegamy na dół pętli wyprzedza mnie tylko
jeden, pozostałych dwóch nie wytrzymuje tempa podbiegu i zostają w
tyle. Napisałem "podbieg" i to właśnie miałem na
myśli. Uciążliwy, niekończący się, momentami nużący że aż
nudny, ale jednak podbieg! Może i tempo truchtające, ale udaje mi
się utrzymać wysoką kadencję tupania. Poruszam się chyba nawet
szybciej niż przed chwilą na zbiegu. Każdy podbieg się kiedyś
kończy, każda pętla wraca do punktu wejścia. Wybiegam na drogę, z której skręcałem na pętlę i po małych
trudnościach z dogadaniem się z Czeszką Wolontariuszką co do
dalszego przebiegu trasy ("Gdzie dalej? Tam?", "Ano,
ano, na horu.", "Tu wszędzie, kuźwa hory, ale na którą
mam biec?"-to ostatnie już w myślach) biegnę dalej
uradowany, że Hercogowa Pętla już za mną.
Im dłużej na trasie tym mniej
pamiętam. Pamiętam podbieg koło Małego Szczelińca, gdzie bardzo
wyraźnie słychać głos spikera na mecie na Szczelińcu Wielkim.
Bardzo to demotywujące, pierwsi już tam pewnie są... Rzucam okiem
na zegarek – nie ma czterech godzin, więc może jeszcze
nie dotarli... Dobiegam do czwartego punktu, a tu coś nowego – cola! Zamiast izotonika łykam colę – zawsze mam po niej niezłego kopa (o ile
nie muszę zbiegać bo wtedy to raczej dostaję niezłej kolki) i
ruszam w trasę. Sprawdzam czas – niby odcinek krótszy a jednak
ponad godzinę mi to zajęło. A tak. Pętelka. Czuję, że bardzo
ciężko będzie odrobić piętnastominutową w stosunku do planu
stratę. Wyprzedzam zawodnika, z którym dłuższy czas napieraliśmy
i życzę mu powodzenia. Cola zaczyna działać!
Człowiek
I wtedy dzieje się coś niesamowitego.
Nie pierwszy raz, ale za każdym razem, gdy to się dzieje, trudno mi
w to uwierzyć. Nagle wszystko przestaje boleć. Odzyskuję kontrolę
nad nogami. Mogę je zmusić do jeszcze większego wysiłku. Nic mi
nie przeszkadza, płuca pracują jak miechy. Lecę. Na jednym
zakręcie zaskakują mnie kibice, z wrażenia i prędkości prawie
nie mieszczę się w wirażu i ocieram o drzewo. Naprawdę czuję,
jakbym leciał, zaczyna się długi odcinek zbiegu przez łąki. O
niczym nie myślę, niczym się nie martwię, planem, czasem,
miejscem, rywalizacją. Lecę. Nawet gdy kończy się zbieg nie
bardzo mam ochotę zwalniać. Doganiam kilku zawodników, jest
płasko, może troszkę pod górkę, a oni idą. Panowie, to nie
deptak, biegniemy! Mijam jednego, mówi do mnie: "Dawaj dawaj,
masz dobre tempo, jeszcze kilku wyprzedzisz!" Więc cisnę! Plan
żywieniowy realizuję już tylko z przyzwyczajenia – woda co 15
minut, żel co 30. Nie chcę realizować planu, chcę biec!
![]() |
Radość z biegu! Fot. Piotr Dymus. |
Chcę być jak Tony Krupicka, biec
szybciej, więcej, dalej niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Jak
Joss Naylor. Jak Dean Karnazes. Czołgać się, ale dotrzeć do mety.
Chcę... no dobrze, nie ma co ściemniać, tak naprawdę chcę być
jak Bo w Karko. Poważnie, w głowie dźwięczy mi hasło: "Bądź
jak Bo w Karko!" I w takich chwilach czuję, że mogę być.
Wyprzedzam kolejnego zawodnika, prawdę
mówiąc wygląda dosyć marnie, ma chyba trudność z mięśniami.
Pyta, czy mam jakieś sole. Soli nie mam, ale na szczęście mam
magnezowego szota w plecaku, może przynajmniej skurcze mu miną.
Rzucam kilka motywujących słów i biegnę dalej.
Na ostatnim punkcie jestem po 5-ciu
godzinach i 11-stu minutach. I zdaję sobie sprawę, że na ostatnie
7 kilometrów, w tym 665 schodów, te niecałe 49 minut nie starczy.
Piję wodę i zamieniam kilka słów z bardzo miłą wolontariuszką.
Próbuje dodać mi otuchy mówiąc "Dasz radę!". Nie wie,
że nie trzeba mi dodawać otuchy, ja nie mam wątpliwości że dam.
Dawno niczego nie byłem tak pewny jak tego, że dam radę. Gdy to
mówię tam, na Błędnych Skałach, słyszę w swoim głosie nawet
lekki wyrzut. Jak ktoś mógł zwątpić, że dam radę? Krzyczę raz
jeszcze "Dam!" Słyszę w odpowiedzi: "Do zobaczenia
na mecie" i już mnie nie ma.
Biegnę
![]() |
Po prostu biec. Fot. Piotr Dymus |
Na Błędnych Skałach mijam tłumy
turystów. Jest płasko, ale dużo kamieni, nierówno. Biegnie się
niewygodnie, wykręcają się stopy. Ale biegnę. Ludzie patrzą,
zawodnik przede mną biegnie więc i ja biegnę. Chciałbym przejść
do marszu, odpocząć chwilę ale oni patrzą. Kibice z przypadku, bo
wcale nie po to przyszli, żeby kibicować, ale to robią. Krzyczą,
klaszczą, dopingują. Nie mogę nie biec. Nie biegnę już tylko dla
siebie. Nie biegnę, żeby mnie podziwiali. Nie biegnę też tylko
dla nich. Krótka to dla nich rozrywka. Biegnę, bo mogę. Bo chcę.
Bo jestem tu po to, by biegać. Przypominam sobie, że biegnę w
Bartkowej Koszulce Mocy z napisem "Biegnę, żeby Bartek mógł biegać". Wiem, że pod plecakiem nie widać napisu i nikt z
kibiców nie wie, że biegnę też trochę dla Bartka. Wiem, że im
wyżej będę na liście wyników, tym większa szansa, że ktoś
przeczyta nazwę drużyny i zainteresuje się akcją. Biegnę więc
szybciej. W końcu, biegnę też tak po prostu, bo nie trzeba
wielkiego uzasadnienia, żeby biegać.
Ostatnie dwadzieścia parę minut to
walka z czasem. Jestem pewien, że jej nie wygram, nie złamię
sześciu godzin a mimo to nie odpuszczam. Naciskam jeszcze mocniej.
Na zbiegu z Błędnych nie nadążam machać nogami więc staram się
odbijać jak najrzadziej, sadząc jak największe susy, nie myśląc o
tym, co się może stać, jeśli źle stanę. Od Karłowa do schodów
cały czas biegnę, pierwsze kilkadziesiąt schodów przeskakuję po
dwa. Schody są jednak nieubłagane, zmuszają mnie do zwolnienia, na
chwilę nawet przystaję. Wyprzedza mnie dwóch zawodników, nie
mam już siły ich gonić, gdy przyspieszam nogi się uginają. Na
zegarku sześć godzin i jedna minuta, już wiem, że będę musiał
wrócić tu za rok, żeby tą diabelską szóstkę pokonać. Idę,
biegnę na granicy upadku, jeśli przyspieszę, nogi mnie nie
utrzymają. Nagle widzę, ostatnie dwa zakręty, rozpinam plecak,
żeby było widać Bartkową koszulkę. Widzę tłum i zrywam się do
sprintu!
Jestem na mecie! Nie upadam. Nie umieram. Jestem!
Meta! Żródło: www.online.datasport.pl |
Dostaję medal. Siadam i patrzę. Wbiegają ci z
którymi biegłem, ci których wyprzedzałem, nadając im czasami
przydomki. Zmęczeni, szczęśliwi. Wbiega Żaneta, rok temu nie
byłem w stanie utrzymać jej tempa, dzisiaj jest kilka minut za mną.
Wbiega Uratowany Magnezem. Wygląda dużo lepiej niż przed godziną.
Wbiega Dodający Otuchy. Rześki, jakby był na spacerze. Wbiega
Osobisty Tempomat. Nie był to jego najlepszy bieg. Wbiega Szybki Na
Zbiegu. Wygląda na bardzo szczęśliwego.
![]() |
Medal i pĄ-koszulka |
Dostaję sms-a: "V SUPERMARATON
GOR STOLOWYCH: G. JEDRZEJ nieofic. msc open 31 czas:06:01:43 M30-15"
I uśmiecham się od ucha do ucha!
Uśmiecham się. Na zdjęciu z mety nie widać mojego
uśmiechu. Dlaczego? Nie wiem. Może uśmiecham się do środka? I
zamykam ten uśmiech w sobie, jak zamyka się zimą okna, żeby
ciepła na dłużej starczyło?
Świat przez różowe okulary
Środa, kilka dni po starcie w
SuperMaratonie Gór Stołowych. Solina, spacer po zaporze. Kramy z
kiczem po prawej. Kramy z kiczem po lewej. Muszelki, ciupagi, szklane
koniki, termometry, wiatraczki, kapelusze, sztuczne ryby. Wata
cukrowa, lody, oscypki, frytki, gofry. Sztuczne ryby, kapelusze,
wiatraczki, termometry, szklane koniki, ciupagi, muszelki. Gofry,
frytki, oscypki. Szklane ciupagi, sztuczne gofry, lody z rybą,
kapelusze z termometrem, cukrowe muszelki. Lody, oscypki, okulary,
muszelki... zaraz zaraz, okulary? Różowe! Prawdziwe pĄ-kulary!? Perła wśród kiczu!
Już wiem, że muszę je mieć!
Co prawda pĄ-kulary noszą tylko Matka i Ojce założyciele Smashing Pąpkins, a ja ze sobą nie mam
nawet pĄ-koszulki, ale czuję, że muszę je mieć. Choćby raz
założyć i z dumą paradować po tych Bieszczadzkich Krupówkach. Z
taką dumą, z jaką na mecie MGS-u założyłem koszulkę Smashing
Pąpkins (bo biegłem przecież w Bartkowej) uznając, że 31-sze
miejsce wystarcza, by reprezentować najlepszą drużynę świata.
Drużynę, której członkowie z uśmiechem na ustach przesuwają
granice własnych możliwości.
![]() |
W pĄkularach. Fot. Martyna. |
Kupuję. Zakładam. I nagle świat
staje się różowy! To nie okulary go różowią, to świadomość
ich noszenia tak sprawia! I uśmiechając się do siebie znowu czuję cząstkę
tego uśmiechu ze Szczelińca.
Ach!!!! Dzięki za tę relację! Moment gdy lecisz widziałem oczyma wyobraźni jakbym sam tam był. Jakbym stał przy ścieżce i obserwował Twoje długie susy, bił Ci brawo i krzyczał: „Dalej Jędrek, dawaj!”:) Gratuluję kapitalnego (31 open!!) wyniku, ogromnego hartu ducha i walki do samego końca. Jesteś Gość:)
OdpowiedzUsuńA pĄokulary z bieszczadzkich Krupówek? Ależ robią wrażenie, brawo, ten zakup był doskonałą decyzją! A w żadnym wypadku matka i ojcowie nie uzurpują sobie wyłącznego prawa to reprezentowania teamu w pĄoksach, wręcz przeciwnie: im więcej osób spojrzy przez nie na świat, tym lepiej!:)
Dzięki! Już się nie mogę doczekać, gdy założę pĄkulary w Poznaniu! Jeśli tylko zrobię wszystko zgodnie z planem. Albo raczej jeśli plan zrobi wszystko zgodnie ze mną! ;-)
UsuńKolego to właśnie mi życzyłeś powodzenia po punkcie z colą - biegniemy razem na zdjęciu na łące :) Ten 5-bieg, który zarzuciłeś na tym zbiegu to było coś niezwykłego - jakby ktoś Ci nitro zapodał do silnika! Mogłem tylko patrzeć bezradnie jak odjeżdżasz z każdą sekundą coraz dalej :) Ale summa summarum na mecie straciłem do Ciebie dokładnie 5 minut i sam byłem pozytywnie zszokowany tym, co udało mi się osiągnąć. Super relacja i blog - dopiero dzisiaj się na niego natknąłem i połykam kawałek po kawałku. Pozdrawiam, Piotrek :)
OdpowiedzUsuń