Kto to jest parówa? A dokładniej
biegowa parówa? To ktoś na podobieństwo triathlonowej parówy –
draftującej na etapie rowerowym i cieszącej się na mecie z
poprawienia życiówki. Krótko mówiąc oszust. W bieganiu również
znajdzie się wielu oszukujących – a to zakręt zetną, a to
ukradkiem skorzystają z pomocy swojej ekipy podającej żel czy wodę
(gdy jest to zabronione), a to załatwią sobie support w postaci
pacemakera, który (sam nie startując w biegu) podciągnie ich w
najtrudniejszym momencie (widziałem taką akcję na Maratonie
Karkonoskim).
Jakże więc ja, uczciwy (a
przynajmniej starający się), prawdomówny (często), życzliwy
(jeśli nie liczyć bluzgania w myślach – zawsze), no i biegający
głównie dla przyjemności mogłem zostać parówą? Otóż
pobiegłem na skróty. Co więcej, nikomu o tym nie powiedziałem. A
na dokładkę odebrałem i zeżarłem nagrodę za miejsce, które
chyba mi się nie należało...
Droga do...
Wszystko zaczęło się jak zawsze.
Wczesna pobudka, owsianka, kanapka z szynką, herbata. Wychodzę z
domu pół godziny później niż zaplanowałem, ale zakładałem
duży zapas, więc nie ma strachu, że się spóźnię. Pogoda
nieciekawa, jakoś się tak nieładnie chmurzy, dobrze przynajmniej,
że ciepło. Helena na nowych oponach pędzi jak dzika, do bazy rajdu
docieram w dobrym czasie. Odbieram pakiet startowy i spotykam Radka,
który swoją drogą kilka tygodni wcześniej podesłał mi linka do
strony tej imprezy i tym samym zachęcił.
![]() |
Z Radkiem przed Biegiem. Zepsuty aparat wyszczuplił nogi. fot. Sławek Szarafin |
W bazie jest już gwiazda wieczoru i
faworyt zawodów – Marcin Świerc, za chwilę poprowadzi rozgrzewkę
dla chętnych. Oczywiście spóźniam się na rozgrzewkę bo
tradycyjnie już chyba, a może nawet rytualnie, kilkukrotnie ubieram
i zdejmuję różne części biegowej garderoby, nie mogąc się
zdecydować, na ile warstw mam dzisiaj ochotę. W końcu wybieram
cienkie leginsy NB na które zakładam drugie leginsy (do kolan), na
górę dwie koszulki z długim – przy ciele tradycyjnie mięciutki
brubeck – i jako trzecia warstwa oczywiście pĄkoszulka SmashingPąpkins. Za dodatki posłużą buff i czapka, na nogi wysłużone
speedcrossy 3, w których bieżnik zachował się tylko na środku
podeszwy – przód i tył są już prawie całkiem gładkie. Ale ma
być mokro i błotniście więc nie będzie żal. ;-)
Tuż przed dziesiątą niecała setka
startujących przemieszcza się w stronę startu. Start usytuowany
jest na asfaltowej drodze, którą pobiegniemy około kilometra, by
następnie skręcić w las. Krótka odprawa techniczna, na której
wpada mi w ucho, że po lesie będziemy biec dwie pętle (a nie
jedną jak mi się wydawało). Przypominam sobie, że miałem wczoraj
dokładnie obejrzeć trasę biegu, ale jakoś mi wypadło z głowy.
Trudno, sam nie biegnę, jakoś się odnajdę. Szczególnie, że
podobno leśnicy popracowali nad trasą, jest oczyszczona i dobrze
oznakowana. Na koniec sędzia główny roztacza wizję czekających
za metą kiełbasek z ogniska, bigosu, żurku i ponumerowanych (i
wydawanych zgodnie z kolejnością na mecie) pączków. Ktoś (chyba
Radek) rzuca myśl, że dobrze wywalczyć pączka z numerem niższym
niż numer startowy. Jemu łatwo mówić, startuje z 40-stką, ja mam
14. I zaczynam głodnieć.
Start!
Natchniony wizją pączków przebijam
się do przodu. Żeby się rozgrzać narzucam sobie szybkie tempo,
ale po chwili orientuję się, że doganiam Marcina. O ho, nie
szarżuj Jędrzeju, bo nie dobiegniesz do mety! Dookoła tworzy się
grupka, która chyba podobnie jak ja nie ma śmiałości wyprzedzać
mistrza. On sam biegnie na luzie, rozmawia, odpowiada na żarty. I z
pewnością cały czas kontroluje dystans, jaki dzieli go od kilku
uciekających z przodu śmiałków. Dopiero gdy dobiegamy do skrętu
w las przyspiesza i rusza do prawdziwego ścigania się, widzę jak w
mgnieniu oka dogania kolejnych zawodników i znika w tumanie kurzu.
No dobra, żadnego tumana nie było. Jest mokro, trochę nawet siąpi
deszczyk, błoto i mokry piach. Ale dla podniesienia dramatyzmu sceny
tuman byłby wskazany...
Stawka zaczyna się rozciągać,
biegnie się przyjemnie, podziwiam przepiękny las dookoła. Wytarte
bieżniki butów nie bardzo trzymają na błocie i zakrętach, ale
technicznie trasa nie jest trudna, nie ma niebezpieczeństwa
wywrotki. Dobiegam do punktu żywieniowego, biorę dwa łyki wody i
wbiegam na pętlę. Zaraz zaraz, wolontariuszka trzymała w tym
drugim kubku jakiś ciemny płyn, czyżby cola? Trzeba będzie
sprawdzić przy następnej wizycie.
Pętla się zaciska
Teren coraz trudniejszy, więcej piachu
i coraz więcej górek – krótkie podbiegi i zbiegi jeden po drugim
dają w kość, gdy chcę utrzymać dobre tempo. A chcę utrzymać bo
za mną daleko nikogo nie widać, a zawodnik przede mną nie chce się
zmęczyć i zwolnić. Nadaję mu w myślach imię: „Kolorowy”.
Biegnąc cały czas w tej samej odległości wyprzedzamy jeszcze dwie
osoby. Pojawia się Liczący Wolontariusz – słyszę: „siódmy,
ósmy...”. O rany, jestem ósmy? Jeśli wytrzymam, jest szansa na
pierwszą dziesiątkę! Nagle z tyłu ktoś się pojawia i po
niedługiej chwili wyprzedza mnie. „Jakim cudem, przecież go nie
było? Cichociemny jeden!” myślę sobie, ale przestaję, bo
utrzymanie się za nim pochłania całą moją energię i uwagę.
Wybiegamy na asfalt doganiając Kolorowego i wydaje mi się, że
znowu przyspieszamy. Kolorowy chce zbiec w lewo, bo widać tam
jakieś taśmy wyznaczające trasę, ale Cichociemny krzyczy, że
prosto. Rozglądam się, po prawej w lesie też jakieś taśmy, ale kawałek
od drogi. Po chwili, gdy zaczynam się niepokoić, że pomyliliśmy
trasę, na horyzoncie pojawia się punkt żywieniowy. Słyszę:
„Herbata? Woda?” i myślę: „a jednak nie cola” i wybieram
wodę, wolontariusz wskazuje kierunek na drugą pętlę, Cichociemny
ucieka, a za Kolorowym udaje mi się utrzymać. Pojawia się znowu
Liczący Wolontariusz i gdy go mijam mamrocze: „...szósty...”.
Jak, kuźwa, szósty? Byłem ósmy, Cichociemny mnie wyprzedził,
więc powinienem być dziewiąty.
I pojawiają się:
Pierwsza myśl: „Liczący kłamie,
żeby mnie podnieść na duchu i zmobilizować”
Druga myśl: „Gdzie
tam kłamie, po co? Głupota.”
Trzecia myśl: „Może ktoś się
wycofał, albo złapał kontuzję?”
Czwarta myśl: „Ale nikt po
drodze nie leżał, musiałbym widzieć!”
Piąta myśl: „Kolorowy
ucieka, szybciej Jędrzeju!”
Szósta myśl: „Nieważne który,
byle do przodu”.
Nic już nie rozumiem...
Po chwili, w tym samym miejscu co
Cichociemny, za mną pojawia się Dwóch Wysokich. Szybkim tempem
mijają mnie i Kolorowego i znikają z przodu. Skąd? Jak? Coraz
mniej rozumiem...
Siedzę kolorowemu na zderzaku i w
pewnym momencie orientuję się, że tędy to chyba jeszcze nie
biegłem. A to ma być druga pętla, więc teoretycznie powinienem
rozpoznawać trasę. A może dwie różne pętle zrobili? Albo się
zgubiłem? Gdzie tam zgubiłem, cały czas biegnę za kimś, nie
mogłem się zgubić!
O! Doganiamy kogoś! Kobieta. Kobieta?
To już chyba czternasty kilometr, tak długo by uciekała?
Niemożliwe, szczególnie że teraz raczej idzie niż biegnie. O
kolejny zawodnik, też jakiś wolny. Chyba go dubluję... Ale
zaraz... co się dzieje? Jeśli jeszcze tędy nie biegłem, to jak
mogę kogoś dublować?
Nagle ostry zakręt i stromy podbieg.
Tak stromy że przechodzę do marszu. Nie ma wątpliwości, tędy na
pewno idę dzisiaj pierwszy raz! Ale podejście się kończy i po
szybkim zbiegu znowu pojawia się punkt odżywczy. Łyk wody i
zgodnie ze wskazaniem wolontariusza biegnę do mety. Nic już nie
rozumiem, wiem jedynie, że muszę do mety. Kolorowy cały czas
jakieś dwadzieścia sekund przede mną i nic z tym nie mogę zrobić!
![]() |
Tyłem dla niepoznaki. Z wyłudzonym na drodze przestępstwa pączkiem |
Wybiegamy z lasu na asfalt, mijamy
linię startu, do mety więc jeszcze tylko kilkaset metrów. Wybiegam
zza zakrętu i pojawia się ktoś przed nami. Kolorowego już nie
dogonię, ale może chociaż tego? Wygląda na bardzo zmęczonego.
Spinam się w sobie, przyspieszam i na 30 metrów przed metą
doganiam go i wybiegam mu zza pleców. Wbiegam na metę 6 sekund
przed nim. Wiem, że nieelegancko wyprzedzać tak bez ostrzeżenia,
ale tak jakoś wyszło.
Cztery pąpaski na mecie (na piątą
nie starczyło sił) i dostaję medal i pączek z numerem 8.
Zabijcie, nie wiem jak to się stało... Czas 1h34min21s. Patrzę na
endo, podaje dystans niecałe 21 km. Włączył się z opóźnieniem,
ale i tak coś mało...
Parówa
I w tym momencie zostaję parówą.
Zastanawiam się – iść do organizatorów i pytać czy dobrze
pobiegłem, czy nie iść? Rozmawiam ze swoim Gollumem: „Ale o co
zapytasz?” „No na przykład, czy były dwie różne pętle, czy
jedna dwa razy? Albo tracka z endo pokażę.” „Ale przecież cały
czas biegłeś za kimś? A teraz aferę zrobisz, i będziesz musiał
pokazać, kto biegł z tobą i kogo też dyskwalifikować? Nie
wychylaj się, pewnie ktoś inny zaraz zgłosi i zobaczymy.” „Ale
jak to, nagroda mi się nie należy. Ósme bo ósme, ale nie moje to
miejsce.” „Oj tam nie Twoje, pobiegłeś może inaczej, ale skąd
wiesz ilu tak pobiegło? Wychodzi pewnie na jedno. I popatrz, pączka
już zeżarłeś i co teraz oddasz?” „O szlag, nie pomyślałem...”
Przybiega Radek, zjada pączka numer
40, pojawia się pierwsza lista zwycięzców, jestem ósmy open,
szósty w kategorii wiekowej. Uff nic nie wygrałem. Zyskuję kolejną
wymówkę, żeby o nic nie dopytywać. Żeby mój wewnętrzny tchórz nie musiał robić rzeczy, których nie lubi.
Rozmawiam, dzielę się wrażeniami,
żadna afera nie wybucha. Dekorują zwycięzców. W losowaniu
wygrywam koszulkę (rozmiar XL, ojciec się ucieszy). Rozjeżdżamy
się do domów.
Włączam endo oglądam trasę. Jest
tak jak podejrzewałem. Pierwszą pętlę pobiegłem dookoła
omijając najtrudniejszy podbieg. Z wyliczeń wychodzi, że pobiegłem
krócej o 160 metrów. Że pobiegłem o jedną minutę i szesnaście
sekund szybciej w pierwszej pętli „skrótem” niż prawidłowym
odcinkiem w drugiej pętli. Mało? Dużo? Nie ma znaczenia. Za
zejście z trasy w większości zawodów jest dyskwalifikacja. Nie ma
znaczenia, czy ktoś skraca o pięć metrów, sto sześćdziesiąt,
czy nadrabia kilometr.
![]() |
Strzałkami i kropkami zaznaczony "skrót". |
Co by było, gdybym pobiegł dobrze?
Może byłbym dziesiąty. Może ktoś widząc mnie przed sobą
zdołałby mnie wyprzedzić. Może ja kogoś bym wyprzedził i
wywalczył to ósme miejsce. Ale miejsce też nie ma znaczenia.
Znaczenie ma to, że nie miałem tyle
odwagi, żeby próbować wyjaśniać. Z jednej strony dla siebie, z
drugiej dla pozostałych zawodników. Nie tylko ja pobiegłem na
skróty. Co jeśli ktoś z podium też?
Że organizatorzy nie widzieli? Nie
mogą być wszędzie. I nie muszą. Jeśli sami zawodnicy nie zadbają
o uczciwą zabawę, parów będzie coraz więcej. A wkurzanie się, że
ktoś ścina zakręty, draftuje w triathlonie, korzysta z
niedozwolonej pomocy nic nie zmieni, dopóki nie zaczniemy zwracać
sobie nawzajem uwagi. Jak MKON krzyczący przez megafon do
draftujących triathlonistów: „Jesteś parówą!”.
A ja pozostanę biegowa parówą,
dopóki sam w sobie nie znajdę na tyle odwagi, żeby w odpowiednim momencie (a
nie marudząc na blogu dzień po zawodach) powiedzieć: ”Pomyliłem
się, źle pobiegłem. Chyba powinniście mnie zdyskwalifikować.”
Myślałem prawie 24h o tym, co Ci napisać. I wiem już. W błędzie jesteś Jędrzeju. Zasadniczy błąd popełniasz. Parówa to ten, co oszukuje z premedytacją, a Ty padłeś ofiarą źle oznaczonej trasy. Choć oczywiście mogłeś się na mecie przyznać, może więc kabanosik albo coś? ;)
OdpowiedzUsuńMoże i kabanosik... :-) Tytuł parówy przyznałem sobie właśnie za to, co zrobiłem po biegu, a nie za pomyłkę na trasie - każdemu może się zdarzyć. Brak odwagi cywilnej do przyznania się to jedno, ale trudniejsze może nawet to powiedzieć drugiemu: "Jesteś parówą!" Bez pierwszego nie można zrobić drugiego. Jeśli ja nie jestem do końca w porządku, jakie mam prawo mówić innym, że też coś przeskrobali? Brzmiałoby jak usprawiedliwianie siebie: "Ja dałem dupy ale oni przecież też...".
UsuńA z drugiej strony, bywało i tak, że w trakcie biegu widziałem, że ktoś "trochę oszukiwał", "lekko naciągał zasady" i mnie to wkurzało ale po dotarciu do mety ani mi się nie chciało tego zgłaszać, ani komentować, wystarczało mi, że ja sam byłem w porządku i na swój wynik zasłużyłem. Teraz po niedzielnym Crossie myślę sobie, że to nie tak. Wszyscy komentują: "super impreza", "miła atmosfera", "dobra zabawa" a ja wiem, że tym co zapamiętam będzie jakiś rodzaj skrywanej przez wszystkich tajemnicy. "Wiemy, że coś tam poszło nie tak, ale nie mówmy głośno, żeby nie psuć dobrej zabawy." I ukradkowe spojrzenia i ściszonym głosem komentarze: "ty, ile razy ten podbieg miał być?", "wy też się zgubiliście?", "jak on mnie wyprzedził?". Nie to chcę zapamiętywać. I wiem, że duża w tym moja rola, żeby tak nie było. I za to jest parówa. Albo w sumie kabanosik.